wtorek, 24 maja 2016

Pokrzywa

Pokrzywę najlepiej zbierać w maju. Można wtedy ścinać całe rośliny. W czerwcu i lipcu ścinamy tylko górne pędy (dopóki roślina nie zakwitnie).

Suszenie pokrzywy

1. Herbatka z pokrzywy
Zebrane rośliny przepłukać. Ułożyć luźno na papierze (np. pergaminie lub do pieczenia) na desce, w misce itp. Suszyć na słońcu przez min. 3-4 dni. Co 1-2 dni przekładać, żeby się listki nie zbiły w jedną masę. Po wysuszeniu można przełożyć do papierowych torebek. Suszone zioła zalewać gorącą wodą. Można również robić herbatkę ze świeżej pokrzywy.

Herbatka z pokrzywy

2. Gnojówka z pokrzywy
Ściętą pokrzywę zalać wodą w proporcji 2 kg pokrzywy na 10 litrów (200 g na 2 litry). Najlepiej przygotowywać gnojówkę w zamykanym pojemniku (ze względu na bardzo mocny, nieprzyjemny zapach). Odstawić na 2 tygodnie, można co kilka dni mieszać. Gotową gnojówkę rozcieńczać w proporcji 1:10 (pobudza życie w glebie i kompoście) lub 1:20 (pobudza wzrost roślin). Podlewać co 1-2 tygodnie.

3. Wywar z pokrzywy
Przygotowuje się podobnie jak gnojówkę, czyli 2 kg pokrzywy świeżej (lub 0.5 kg suszonej) zalewamy 10 litrami wody. Odstawić na 24 godz. Podlewać bez rozcieńczania (w celu wzmocnienia roślin).

4. Opryski na mszyce
W celu przygotowania gnojówki do oprysków należy zalać pokrzywy i odczekać 5 dni. Po tym czasie rozcieńczamy w proporcji 1:10 i opryskujemy rośliny zaatakowane przez mszyce. Powtórzyć przez 3 dni z rzędu. Taki oprysk równocześnie nawozi rośliny.

Powyższe porady pochodzą z książki Zbigniewa Przybylaka "250 eko porad: na dobry kompost, roślinne gnojówki, przywabianie owadów".

Kobieta vs dziewczynka

Fragment wywiadu z Pauliną Młynarską - Wysokie Obcasy nr 19, 7.05.2016

Kobieta nie musi być ani nowoczesna, ani tradycyjna. Ale musi zdecydować, czy jest dzieckiem czy dorosłą, ponieważ nie da się być zarazem jednym i drugim. Najczęściej więc kobiety wybierają bycie dzieckiem, czyli oddają część odpowiedzialności za swoje losy, poddają się decyzjom innych. A my musimy być dorosłe. Bez poczucia winy, z przekonaniem do swoich decyzji. Nie radząc się wszystkich dookoła i nie trzęsąc się jak galareta. Musimy stać się za siebie odpowiedzialne. Dorosła kobieta to również taka, która nie męczy, nie mędzi, nie manipuluje, nie mówi: "To nie jest takie proste" ani "Nie, bo nie". To taka, która rozgląda się i mówi sobie: "Na to nie mam wpływu, na to mam, w to muszę więcej roboty włożyć, ten problem mogę rozwiązać, tego nikt za mnie nie zrobi".
Jeśli funkcjonujesz jak mała dziewczynka, to ciągle się boisz. Że jakiś dorosły na ciebie nawrzeszczy, pasem cię pobije lub wyrzuci z pracy, a wtedy jak ty sobie poradzisz na tym złym świecie? Jak takie małe dziecko spłaci kredyt, zapłaci rachunki? Ojej, to już lepiej się nie wychylać.

sobota, 14 maja 2016

Opowieść o owcach

Opowieść o owcach napisana przez Igora Bokuna. Można ją znaleźć na jego blogu. Daje do myślenia.

Trawiasty jak co rano punktualnie o szóstej przyniósł kostkę pachnącego siana. Rozłożył równo do dwóch paśników tak, byśmy mogli wygodnie zjeść. Jego obowiązkiem jest zapewnianie nam świeżej lub suszonej trawy.

- Mamo, czy oni od zawsze nam służą?
- Nie kochanie – odpowiedziała stara owca. Dawno temu Trawiaści byli rozwiniętą cywilizacją. Potrafili się powstrzymywać jak przystało na rozumne zwierzęta. Żyli tak jak my w stadach, które zwali plemionami. Powstrzymywali się przed gnieżdżeniem w zatłoczonych miastach. Zbierali świeże jedzenie w lesie i na łąkach. Powstrzymywali się od osiadłego trybu życia i zjadania nieświeżego, zakonserwowanego pożywienia. Szanowali starszyznę i potrafili rozwiązywać spory w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem i doświadczeniem. Powstrzymywali się od tworzenia pisanych praw, które rozwiązując jeden problem wprowadzają cztery nowe.
- Jak oni spędzali wtedy czas mamo?
- Mniej więcej cztery godziny dziennie szukali pożywiania. Resztę dnia spędzali na odpoczynku, na zabawach z dziećmi, na obserwowaniu świata, na rozmowach z przyjaciółmi. Tworzyli piękne malowidła na ścianach jaskiń. Byli szczęśliwi.
- Jak to możliwe mamo, że Trawiaści tak nisko upadli?
- Nie wiadomo do końca. Nieźle się zapowiadali i przez jakieś trzysta tysięcy lat zmierzali w dobrym kierunku. Prawdopodobnie sześć - osiem tysięcy lat temu jeden z Trawiastych zapadł na ciężką, dziedziczną chorobę psychiczną. Stracił umiejętność powstrzymywania się. Wkrótce po Ziemi chodziły tysiące jego potomków - wszyscy chorzy. Choroba stała się tak powszechna, że nielicznych zdrowych osobników uznawali za wariatów, których wyśmiewali, spychali na margines a nawet zwalczali. Trawiaści przestali się powstrzymywać. Zapanował chaos i przemoc. Przestali szanować kobiety i dzieci, które zaczęli traktować jak przedmioty. Zastąpili prastary kult kobiety-matki kultem mężczyzny-despoty. Pomiędzy sobą a naturą wprowadzili psychopatycznych pośredników, którzy ogniem i mieczem wytępili prastare wierzenia wprowadzając religie pełne dogmatów i strachu. Ziemię podzielili kreskami na rewiry, którymi rządziły gangi przestępcze zwane państwami. Każdy gang odznaczał się kolorową szmatką zwaną flagą.

Gdy owce dyskutowały podczas leniwego śniadania, Trawiasty – jak zwykle w pośpiechu - wbiegł do auta i pojechał do pracy.

- Mamo, czemu oni nie potrafią odpoczywać bezczynnie tak jak my?
- To jedna z chorób ich umysłu. Cały czas muszą myśleć. Cały czas muszą coś robić. By odpocząć muszą się zmęczyć. Nazywają to sportem. To jedyne zwierzęta, które muszą „zarabiać” na życie. Wszystkie inne po prostu żyją. Trawiaści dostają życie, ale jest ono w ich ocenie niepełne. By było pełne to muszą na nie codziennie „zarabiać”. Trawiaści cierpią na wiele chorób.
- Mamo, a czy my jesteśmy wolni od chorób?
- Potrafimy leczyć nasze choroby. Gdy poczujemy się źle to przestajemy jeść i pozwalamy organizmowi się zregenerować. Skubniemy jedynie odpowiednie zioła, by przyspieszyć samouzdrawianie.
- Mamo, a Czerwona Zmora? Jej nie potrafimy wyleczyć.
Owca zatrzęsła się odruchowo na myśl o Zmorze.
- Masz rację. Trawiaści nas karmią, budują dla nas schronienie przed zimą, nawet wieszają nam kolczyki na uszach, żebyśmy ładnie wyglądali. My cieszymy się pełną wolnością. Musimy płacić cenę za to, że jesteśmy na szczycie drabiny ewolucji i rządzimy światem. Co jakiś czas jedna z nas znika a na trawie zostają tylko czerwone plamy. To straszna choroba cywilizacyjna, której dokładnych przyczyn nie znamy, ale wierzymy, że chora owca wraca do swoich przodków. Czerwona Zmora jest umiarkowaną ceną za życie stada pełne luksusu i wolności. Pogodziliśmy się z nią.

Mała się zasmuciła. Myśl o Czerwonej Zmorze ją przeraziła.

- A czy Trawiaści też cierpią na choroby cywilizacyjne?
- Tak, ale są to w zasadzie choroby degeneracyjne, a nie cywilizacyjne. To bardzo nieszczęśliwe istoty. Całe życie pracują główne po to, by się rozchorować. Cukrzyca, rak, choroby krążenia to ciężko wypracowane owoce ich trudu. Żadne inne zwierze nie wkłada tyle wysiłku w rozchorowanie się co Trawiaści. Są niezwykle konsekwentni i twórczy w rozwoju swoich chorób.

- Strasznie prymitywny ten nasz Trawiasty – westchnęła Mała - ale nawet go lubię. Poczciwy z niego głupolek. Goni bez wytchnienia, by zapracować sobie na choroby i myśli, że nad nami panuje. Tyle, że my się teraz wylegujemy na słońcu, a on tłucze się pociągiem do Warszawy.

Opowieść o świniach

Opowiastka o świniach została przetłumaczona przez Igora Bokuna i można ją znaleźć tutaj.

Dawno temu, na początku dwudziestego wieku stary traper z Północnej Dakoty zaprzągł konie do swojego wozu, spakował swoje rzeczy – w szczególności sidła – i ruszył na południe.

Kilka tygodni później zatrzymał się w małym mieście na północ od mokradeł Okefenokee w Georgii.

Był sobotni, leniwy poranek kiedy traper wszedł do lokalnego sklepu. Było w nim siedmiu czy ośmiu miejscowych.

Podróżnik rzekł:

- Panowie, czy możecie mi wskazać drogę do mokradeł Okefenokee?

Kilku starszych mieszkańców popatrzyło na podróżnika jak na wariata.

- Musi pan być z daleka – powiedzieli.

- Owszem, jestem z Północnej Dakoty – odpowiedział traper.

- Na mokradłach Okefenokee mieszkają tysiące dzikich świń – wyjaśnił jeden z mieszańców – ten, kto jedzie na mokradła prosi się o śmierć.

Podniósł swoją nogę.

- Straciłem pół nogi przez świnie w mokradłach!

Inny mieszkaniec powiedział

- Niech pan patrzy na te blizny, świnie odgryzły mi rękę!

- Te świnie żyją dziko od czasów wojny o niepodległość. Jedzą węże, wygrzebują korzenie i same dbają o siebie od ponad stu lat. Są dzikie i niebezpieczne. Nie może pan ich złapać. Nikt nie powinien sam jechać na mokradła.

Wszyscy przytaknęli.

Stary traper powiedział:

- Dziękuję panom bardzo za ostrzeżenie. A teraz wskażcie mi proszę drogę do mokradeł Ofekenokee.

Wskazali mu drogę i ponownie prosili, by tam nie jechał bo spotka go fatalny los.

- Sprzedajcie mi dziesięć worków kukurydzy i pomóżcie zapakować na wóz.

To też zrobili. Stary traper pożegnał się z mieszkańcami miasteczka i pojechał w stronę mokradeł. Wszyscy sądzili, że już go nigdy nie zobaczą.

Dwa tygodnie później traper powrócił. Podjechał pod sklep, zszedł z wozu, wszedł i kupił ponownie dziesięć worków kukurydzy. Po załadowaniu skierował się w kierunku mokradeł.

Dwa tygodnie później znowu powrócił i kupił kolejne dziesięć worków kukurydzy. To powtarzało się przez miesiąc, później drugi i trzeci. Co tydzień lub dwa stary traper przyjeżdżał do miasteczka w sobotni poranek, kupował dziesięć worków kukurydzy i odjeżdżał w kierunku mokradeł.

Nieznajomy wkrótce został legendą i obiektem plotek w małym miasteczku. Ludzie zastanawiali się jaki diabeł zawładnął traperem, że ten mógł wjechać samotnie na mokradła i nie zostać zjedzonym przez dzikie świnie.

Pewnego poranka traper przyjechał do miasteczka jak zwykle. Wszyscy myśleli, że chce więcej kukurydzy. Nieznajomy ściągnął rękawiczki.

- Panowie, potrzebuję wynająć dziesięć lub piętnaście wozów oraz dwudziestu, trzydziestu ludzi. Mam sześć tysięcy dzikich świń na mokradłach. Świnie są ogrodzone i bardzo głodne. Trzeba je zawieść szybko na targ.

- Co pan ma na mokradłach? – zapytał zdziwiony sprzedawca.

- Mam sześć tysięcy złapanych świń. Nie jadły od dwóch, trzech dni i padną jeśli nie wrócę, by je nakarmić.

Jeden z mieszkańców zdziwiony zapytał

- A więc złapał pan dzikie świnie z mokradeł Okefenokee?

- Tak.

- Jak pan to zrobił? Co pan robił?

Jeden z mieszkańców krzyknął:

- Ale ja straciłem ramię!

- Ja straciłem brata! – zawołał inny.

- Ja straciłem nogę przez te dzikie świnie! – krzyknął trzeci.

Traper powiedział:

- Cóż, w pierwszym tygodniu gdy tam byłem świnie żyły dziko. Chowały się w zaroślach i nie chciały wyjść. Nie odważyłem się wyjść z wozu. Rozsypałem więc kukurydzę za wozem. Codziennie wysypywałem worek kukurydzy.

Stare świnie nie ruszały kukurydzy, ale młode zauważyły, że łatwiej jeść darmową kukurydzę niż ryć w poszukiwaniu korzonków, czy szukać węży. Tak więc młode jako pierwsze zaczęły jeść kukurydzę.

Tak robiłem codziennie. Niebawem nawet stare świnie zdecydowały, że łatwiej jeść darmową kukurydzę. W końcu wszystkie były wolne, nie były ogrodzone. Mogły uciec w dowolnym kierunku gdy tylko chciały.

Następnie nauczyłem je jeść w tym samym miejscu. Wybrałem polanę i zacząłem rozsypywać kukurydzę na polanę.

Na początku nie przychodziły na polanę. Była za daleko, była zbyt otwarta. Bały się.

Wkrótce jednak najmłodsze osobniki stwierdziły, że łatwiej jest wyjadać kukurydzę z polany niż ryć w poszukiwaniu korzeni czy łapać węże. Niedługo stare świnie dołączyły, gdyż też uznały, że łatwiej jest przychodzić codziennie na polanę.

W ten sposób nauczyłem świnie, by przychodziły codziennie na polanę po darmową kukurydzę. Nadal mogły dojadać korzonki i węże. W końcu były wolne. Mogły uciec w dowolnym kierunku w każdej chwili. Nie były w jakikolwiek sposób uwiązane.

Następnym krokiem było przyzwyczajenie ich do słupów płotu. Tak więc zakopałem słupy wokół całej polany – w zaroślach by nie wzbudzały podejrzeń świń. W końcu były to tylko grube patyki sterczące z ziemi – tak samo jak drzewa w zaroślach. Kukurydza była codziennie. Świnie łatwo mogły przejść obok słupków, zjeść kukurydzę i wyjść.

Tak robiłem przez tydzień albo dwa. Wkrótce bardzo się przyzwyczaiły do wchodzenia na polanę, zjadania darmowej kukurydzy i wychodzenia w las mijając słupy.

Następnie umieściłem dolne poprzeczki. Zostawiłem też kilka otwartych przejść, by starsze, grubsze świnie mogły przechodzić przez nie, a młode mogły bez problemu przeskoczyć przez dolne poprzeczki płotu. W końcu nie było to dużym zagrożeniem dla ich wolności czy niezależności. Mogły zawsze przeskoczyć poprzeczkę i uciec w dowolnym kierunku kiedy tylko chciały.

Teraz zdecydowałem, że nie będę ich karmił codziennie. Zacząłem karmić je co drugi dzień. W te dni, kiedy nie dostawały jedzenia, świnie nadal zbierały się na polanie. Kwiczały, ryczały i błagały o jedzenie. Ale ja karmiłem je co drugi dzień. Następnie zamocowałem drugą poprzeczkę do płotu.

Teraz świnie stawały się coraz bardziej zdesperowane, by dostać jedzenie. Ponieważ teraz już nie były przyzwyczajone do rycia w poszukiwaniu korzonków, czy łapania węży, to potrzebowały mnie. Potrzebowały mojej kukurydzy codziennie.

Tak więc nauczyłem je, że będę je karmił codziennie, jeśli zaczną przychodzić przez bramkę. Założyłem też trzecie poprzeczki na płocie.

Ale to nadal nie było dla nich dużym zagrożeniem, bo nadal było wiele bramek, przez które mogły w każdej chwili uciec.

Następnie założyłem czwarte poprzeczki. Zamknąłem wszystkie bramki z wyjątkiem jednej i karmiłem je bardzo, ale to bardzo dobrze.

Wczoraj zamknąłem ostatnią bramkę i dziś potrzebuję waszej pomocy, by zawieźć te świnie na targ.

piątek, 13 maja 2016

Owies majowy

Najpiękniejsze pole owsa na świecie.


Widok z dołu
Widok z góry

Ekocentrum

W maju uczesniczyłam w 2-dniowych warsztatach w Ekocentrum Jadwigi Łopaty w Stryszowie (40 km za Krakowem). Pobyt w Ekocentrum pokazał mi, że życie, o którym marzę, jest jak najbardziej możliwe. Jadwiga to wspaniała kobieta, która od wielu lat zajmuje się promowaniem pozytywnego, ekologicznego i zgodnego z naturą stylu życia. Warsztaty "Zbuduj swoją Arkę - w drodze do samowystarczalności" spełniły moje oczekiwania w 100%. Jestem pod ogromnym wrażeniem Jadwigi i miejsca, które stworzyła. Mam nadzieję, że za jakiś czas też uda mi się stworzyć swoją Arkę. Więcej informacji o Ekocentrum można znaleźć tutaj. Poniżej kilka fotek.

Stuletni domek gospodarzy

Ogród ziołowy i szklarnia


Dom został zbudowany na szkielecie starej stodoły. Ściany są wykonane z kostek słomiano-glinianych, a dach jest pokryty panelami słonecznymi.

Naturalna oczyszczalnia ścieków



Samowystarczalny domek z gliny i słomy

Domek dla pszczół murarek
Bank nasion
Kompostownik
Miejsce mocy zrobione z pędów wierzbowych

Doniczkowe
Alpaka

czwartek, 12 maja 2016

O blogu

Od zawsze mieszkam w mieście, ale od kilku lat z przyjemnością, w każdej wolnej chwili, uciekam z mojego miasta na wieś. Wieś cenię za to, czego w mieście brakuje, czyli ciszę spokój i możliwość kontaktu z naturą. Co lubię? Naturę, prostotę, wieś, przyrodę, jogę, ekologiczne warzywa i owoce, stare drewniane domki, wyjazdy za miasto, minimalizm.
Cele bloga:
1. Udokumentowanie procesu tworzenia mojej ekologicznej działki.
2. Stworzenie zbioru pozytywnych i inspirujących książek, artykułów, myśli i wspomnień.
3. Stworzenie fotorelacji z ciekawych miejsc.